Socjalizacja

O socjalizacji popełniono już tysiące wpisów, sama mam na sumieniu kilka 😉 Jednak ten wpis ma dotyczyć tego, jak wyglądała socjalizacja Aorty, żeby nie było, że naprawdę NIC z nią nie robiłam 😉 W naszym przypadku socjalizacja sprowadzała się w zasadzie do normalnego życia- jako że moje psy aktywnie w nim uczestniczą i jeżdżą ze mną wszędzie gdzie tylko się da 😉

  1. spacery grupowe- o spacerach pisałam tutaj, w przypadku szczeniaka tylko wspomnę, że okazja do poznania różnych psów spoza stada jest nie do przecenienia. Należy tylko ostrożnie wybierać te inne psy, aby się nie okazało, że nasz pies nabawi się traumy 😉
  2. seminaria- jak tylko się dało zapisywałam siebie wraz z Aortą na różnej maści seminaria. Oczywiście, ze szczeniakiem, często bardzo nieletnim niewiele mogłam skorzystać w sensie szkoleniowym, ale każde seminarium to ogromne pole do socjalizacji i nauki. Bo seminaria to podróż, nowe miejsce, obcy ludzie, inne psy, często długie oczekiwanie na swoją kolejkę- a więc lekcja klatkingu w praktyce 😉 . Poza tym na seminarium pies uczy się pracować w różnych warunkach i rozproszeniach ze swoim człowiekiem. Do tego dzięki seminariom Aorta mogła rozpocząć pod okiem najlepszych fachowców swoją przygodę z tropieniem użytkowym (Roksana Moska), detekcją zapachów (Wesley Visscher) i obedience (Magdalena Łęczycka, Patrycja Sztukarewska i Agnieszka Filar), które zamierzamy mocno kontynuować. Ale była też na seminarium sztuczkowym, fitnesowym, zabawkowym i poddała się masażom 🙂

  3. wystawa- jako że Orta powinna zostać poddana ocenie przez sędziego psów rasowych, postanowiłam w ramach socjalizacji pokazać Ortę na wystawie w Katowicach w klasie szczeniąt. Pokazała się doskonale, w konkurencji z siostrą zajęła pierwsze miejsce, spotkała brata a ja już wiem, że wystawy nie będą dla niej dużym wyzwaniem.
  4. wyjazdy i wycieczki- jako że biorę Aortę wszędzie ze sobą toteż była: w stajni, na Wigilii końskiej, w górach, jechała wyciągiem, w Berlinie- w którym jeździła metrem, tramwajem i autobusem, zwiedziła Weihnachstmarkt, na placu zabaw, na treningu piłkarskim i… w wielu jeszcze różnych miejscach 😀

Lassie, wróć!

Za jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą psią umiejętność uważam bezwzględne wracanie na wołanie. Od czasu kiedy 14 lat temu moja adoptowana Tola poszła w długą za sarną i już nigdy nie wróciła poświęcam temu tematowi całą swoją uwagę i ogromną ilość czasu.

DSC_1088

Cały problem w tym, że nasze psy są cały czas drapieżnikami i polowanie mają we krwi, toteż całkowicie bezwiednie ruszają w pogoń za sarną, kotem czy zającem. Do tego część psów autentycznie traci słuch- po prostu cały pies tak bardzo skupia się na czynności, że pozostałe zmysły, odsunięte na dalszy plan, przestają funkcjonować. Toteż częstym problemem przy nauce wracania na wołanie, zwłaszcza z pogoni jest nie tyle posłuszeństwo psa, co sprawienie, by zmysł słuchu się nie wyłączał.

15874969_1437215006297600_4372164352662629158_o

Ja pracę nad wracaniem zaczynam od pierwszych dni w nowym domu, często wykorzystując do tego pozostałe psy, które oczywiście mają już doskonale to wypracowane. Dlatego z Aortą przez długi okres czasu nie było problemu- na każde wołanie wracała chętnie ,wszak wiązało się albo ze smakami, albo z zabawą (tylko czasami kończyło się zapięciem na smycz tylko po to, by po paru krokach spuścić ze smyczy ponownie). Stopniowałam też i rozproszenia, z których ją odwoływałam i rodzaj nagród- za zwykłe przywołanie była kulka suchej karmy, za to za odwołanie się od Veny (o tyle łatwe, że Vena odwołuje się zawsze, wszędzie i od wszystkiego- nawet od emocjonującej zabawy ze szczeniakiem, w związku z czym szczeniak nie miał wyboru bo bawić się z kim już nie było) nagrodą była na przykład zabawa w szarpanie, albo surowy boczek w ilości hurtowej. Kilka razy udało się grupowe przywołanie w obecności galopujących saren, ale do czasu… aż Aortka dorosła na tyle, by samodzielnie i na własną łapę podjąć decyzję o pogoni za uciekającą sarną (na usprawiedliwienie dodam, że sarna wyskoczyła dosłownie nam spod nóg). Całe szczęście że może i dorosła do pogoni, ale nie dorosła jeszcze do oddalenia się od maminej spódnicy, toteż zanim skończyłam wykrzykiwać „ja ci dam cholero sarny, ja ci dam!!!” uśmiechnięta od ucha do ucha wróciła grzecznie do mnie. Cóż było robić… stało się, pogoń się udała i była samonagradzająca się, ale nie wszystko jeszcze stracone. Toteż od następnego spaceru zaczęłam jeszcze intensywniej pracować nad przywołaniem, udało się kilka razy odwołać zaciekawioną sarnami Aortę, baaa! ze dwa razy odwołałam i sowicie nagrodziłam Aortę, która już w pogoń ruszyła. Po czym po jakimś miesiącu kolejna zagubiona w rzeczywistości sarna postanowiła ewakuować się w odległości takiej, że jakbym się postarała, to mogłabym ją po tyłku pogłaskać. Oczywiście Aorta nie mogła się powstrzymać i poszłaaaaa… I znów wróciła wielce uradowana po zaledwie 30 sekundach (no cóż, jeszcze mamincórcia). Zaczęło się robić niebezpiecznie, toteż w użycie poszła linka- od tej pory Aorta na spacerach była tylko albo na smyczy, albo puszczona, za to z przypiętą linką (za wyjątkiem miejsc, gdzie wiem, że saren nie ma). Nie ukrywam, że jest to wielce uciążliwe- linka się plącze, zahacza, trzeba się pilnować by przypadkowo nie nadepnąć, do tego jest brudna. Ale też z doświadczenia nie tyko swojego wiem, że jest całkiem skuteczna, tylko czasochłonna- z Elzą praca trwała pół roku, zanim mogłam podjąć decyzję o wyeliminowaniu linki z codziennego życia. Ale pół roku pracy spowodowało, że przez następne lata nie miałam NIGDY najmniejszego problemu z pogoniami, ucieczkami i nieodwoływalnością… no dobra- do czasu aż Elza dosłownie ogłuchła, ze starości 😉

DSC_1044

Na tę chwilę z Aortą praca idzie bardzo dobrze- przestała głuchnąć na widok saren, choć nadal widać, że są dla niej pasjonujące. Coraz lepiej się skupia na zadaniach, które jej zadaję w obecności saren. Odwołała się z jednej pogoni, ale też od kiedy jest linka nie trafiła nam się żadna bezczelna sarna 😉 W każdym bądź razie linka jeszcze trochę będzie w użyciu, zanim odważę się sprawdzić efekty mojej pracy- bo muszę być wystarczająco pewna tego, że praca jest skończona z sukcesem. Znajoma pani trener zaleca i stosuje linkę u wszystkich (swoich i tych trenowanych) psów od wieku 6 miesięcy do około 12-16 miesięcy, w zależności od psa.

Oczywiście mogłam wybrać łatwiejszą, mniej czasochłonną, oraz- jak twierdzą niektórzy- mniej stresującą (tutaj bym polemizowała w zależności od psa, szkoleniowca linkowego i szkoleniowca OE) metodę, czyli obrożę elektryczną. Jak już gdzieś kiedyś pisałam- mam do OE mieszane uczucia, zdaję sobie sprawę że są psy, właściciele i problemy, przy których użycie OE jest rozsądną opcją. Bardzo często mocno zakorzeniona i wielokrotnie (samo)nagradzalna pogoń jest jednym z takich przypadków, kiedy użycie OE bywa potrzebne. Ale nie uważam żeby przy młodym, niewyuczonym jeszcze psie, na samym początku nauki trzeba było brać pod uwagę OE. Poza tym nie jest to metoda, którą kiedykolwiek chciałabym zastosować na swoich psach i wolę powoli i spokojnie zrobić wszystko, żebym do takiego wyboru nie została zmuszona.

DSC_0829

Razem czy osobno?

Jednym z większych zaskoczeń, jakie mnie spotkały po wzięciu Aorty było powszechne przekonanie, że powinnam izolować ją od reszty psów- bo w przeciwnym przypadku nie wytworzy ze mną „więzi”. Nie wiem jakim cudem wcześniej mi to umknęło, ale faktycznie sporo szkoleniowców, trenerów i właścicieli psów ras pracujących uważa, że szczeniak powinien być trzymany osobno i spędzać większość czasu z człowiekiem, bo tylko to gwarantuje, że ten człowiek będzie dla niego atrakcją większą niż inne psy, zwłaszcza te ze stada. Ja z kolei dotąd hołdowałam przeświadczeniu, że nikt tak dobrze nie pomaga przy pracy nad szczeniakiem jak pozostałe psy ze stada, zwłaszcza jeśli są dobrze ułożone. I nie chodzi tylko o naukę pewnych zachowań, typu wracanie na zawołanie, ale także oswojenie z nowymi, czasem strasznymi rzeczami czy miejscami- wiadomo, że jeżeli dorosły pies zachowa spokój i zignoruje straszaka, to szczeniak, wychowujący się z tym dorosłym i biorącym z niego wzór prędzej ten straszak zignoruje i to bez krztyny pracy z mojej strony! Jaka wygoda!!! Dlatego pomimo pewnej dozy niepewności, która się zalęgła w mojej głowie pod wpływem autorytetu osób, które mi zalecały przestrzeganie zasady „osobno”, postanowiłam zignorować zalecenia i nie ograniczać moim psom wspólnego życia. Powiem szczerze, że w pewnym momencie moja wiara w moje postępowanie nieco się zachwiała, gdy się okazało, że 3-miesięczna Aorta za nic nie odwoła się od Veny, ale po kilku dniach przemyśleń stwierdziłam- hej, jak uda się wypracować odwoływanie od Veny i uda się przekonać Aortę, że mimo wszystko ja jestem fajniejsza (wszystkie moje pozostałe psy doskonale to wiedzą i to pomimo tego, że zawsze żyją razem), to kurczę! wszystko inne nie będzie problemem! I tak też postępowałam- każdego dnia udowadniałam Aorcie, jaka jestem niezwykle atrakcyjna, bo mam żarcie, bo mam zabawki, bo się fajnie szarpię i daję wygrywać, a do tego to ja jestem źródłem przygód i spacerów. I wiecie co? Po kilku miesiącach okazało się, że to działa 😀 Że owszem, Vena z Aortą mają ogromną więź między sobą, potrafią się godzinami kotłować, tłuc, mordować i ganiać na spacerach, aż w końcu usną jedna obok drugiej. Ale zdecydowanie ja mam pierwszeństwo i jestem psim bogiem 🙂 Być może właśnie na dlatego, że nigdy im siebie nawzajem nie limitowałam, że mogą się tłuc zawsze i wszędzie, w związku z czym na dłuższą metę jest to nudne… Podczas gdy ja z moimi zabawkami i smakołykami jestem dobrem limitowanym 😀

DSC_1021

Jednak aby nie było tak bezproblemowo donieść muszę, że początkowo starałam się tak układać mój dzień, bym mogła na co najmniej 4 spacery w tygodniu iść ze szczeniakiem sama. I wcale nie dlatego, żeby zawiązywać więź, tylko żebym mogła szczeniakowi poświęcić cały mój czas i nie dzielić go pomiędzy dwa psy. Zresztą- tak samo robiłam z pozostałymi psami, czyli wygospodarowywałam czas na co najmniej 2 indywidualne spacery z każdym psem- nawet takie po pół godziny, ale żebyśmy byli tylko we dwoje, bez reszty rodzeństwa. Siłą rzeczy też częściej zabierałam szczeniaka ze sobą na różne wyjazdy czy do pracy- najpierw, bo często sika i nie może zostać 8 godzin bez człowieka w domu. Potem- bo mu się nudzi i może niszczyć. A teraz- bo to właśnie czas tylko dla nas. Obecnie nadal częściej zabieram Aortę, jako że to wciąż jeszcze młodzież jest i proces przystosowania do życia w społeczeństwie nie został zakończony, ale też Aorta uczy się zostawania samej lub z drugim psem w domu, podczas gdy ja zabieram innego psa ze sobą.

DSC_0044

Samo życie

Wiem że nie tylko dział „od pantalona do czempiona” wieje pustką, ale tak serio- życie, praca, dom, dzieci i PSY zajęły całą moją przestrzeń nie pozostawiają nic na bloga. W związku z czym też nic nie robiłam ze szczeniakiem, albo przynajmniej- tak mi się wydawało… Bo wpisy blogowe popularnego trenera psów, który po śmierci znanej z tytułów książek szkoleniowych suki zaprosił do wspólnego życia kolejną, tyle że ukochanej przeze mnie rasy rottweiler, uświadomiły mi, że nie tylko można pisać o najbłahszych wydawałoby się sprawach, ale też- że te najbłahsze wydawałoby się sprawy wcale nie są takie oczywiste… Więc kajam się ogromnie i postanawiam się poprawić 😉

DSC_0670

Wracając do szczeniaka- rasy, jak się okazuje, wybitnie pracującej. No więc- nie robiłam z nim dotąd nic specjalnego Ja zdaję sobie sprawę, że można z takim prawie 11-miesięczniakiem wszystko. Że są psy w tym samym, tudzież młodszym wieku, które potrafią przebiec tor agility, pozytywnie zaliczyć zawody OBI klasa 0 i jeszcze na dokładkę skutecznie obronić właściciela- wszak obrona cywilna jest na tapecie od co najmniej 6 miesięcy. Ale mój osobisty pies, moja osobista malina ma na koncie jedynie kilka drobnych sukcesików (siad, wracanie na zawołanie nawet z pogoni oraz niekradnięcie żarcia w obecności właściciela żarcia 😉 ) i jeden wielki- NICNIEROBIENIE. Dosłownie. I nie wiem, czy to zasługa hodowcy (przypominam: Czarci Pazur z Oławy!!!), czy też jednostkowego charakteru mojego psa, czy też w końcu- mojego osobistego doświadczenia w NICNIEROBIENIU- ważne jest to, że mój pies potrafi NICNIEROBIĆ. Nie oznacza to, że on całe życie to ma nic nie robić, ino żreć, wydalać i oddychać, o nie!!! Kupiłam malinę, bo chciałam konkretnego psa do konkretnej roboty. Ale jako człek z natury leniwy i słaby wiedziałam, że czekają mnie okresy chorobowe, chorobowego lenistwa tudzież wymuszone okresy wzmożonej aktywności mózgowej (dopingowanej wizją braku premii), kiedy czas, jaki mogłam poświęcić psu (a mam, przypominam, 3 w zapędzie do 4!) kurczył się do przelotnego pogłaskania i wypuszczenia na siku (błogosławieństwo podwórek nawet tych wielkości chusteczki do nosa)- i tak przez kilka dni z rzędu!!! W związku z czym każdy mój pies, bez względu na poziom aktywności, musiał się nauczyć NICNIEROBIĆ. I o dziwo Aorcie, rasy, o które czytam niestworzone historie (podczas czytania których zastanawiam się, czy aby rodowód mojego psa to nie taki z pieczątką z ziemniaka… 😉 ), nie sprawiło problemu nauczenie się, że po tygodniach normalniej aktywności (spacery, podstawy posłuszeństwa i życia w rodzinie) następują okresy, kiedy nikt dla psa nie ma czasu. A potem jest WIEEEELKI spacer na wypuszczenie skumulowanej energii i znowu następują tygodnie normalnej aktywności… aż do kolejnego przestoju 😛

DSC_0677

Z życia wzięte: Analiza psa pod względem agresji

O tym, że każdy pies może być agresywny pisałam nie raz. Dlatego postanowiłam na podstawie moich własnych i osobistych psów przeprowadzić dla Was analizę tego, na ile mogą się wykazać agresją. Nie wobec mnie, bo choć oczywiście jest to możliwe, to mamy do siebie na tyle dużo zaufania i wypracowanych zachowań, że ryzyko jest minimalne. Ale na przykład wobec mojego syna- który jest domownikiem i według większości ludzi powinien być na takich samych prawach traktowany przez psy, co mija się z prawdą. Przede wszystkim dlatego, że relacje wypracowuje sobie każdy osobno i to, co łączy mnie i moje psy nie przedkłada się nawet na mojego męża- jasne, jemu jest łatwiej pracować na bazie tego, co ja osiągnęłam, ale bez pracy włożonej w relacje efektu nie osiągnie. Jeśli chodzi o dziecko to sprawa w ogóle się komplikuje, bo nawet kilkunastoletnie nie zawsze jest w stanie świadomie postępować tak, by te relacje wypracować, toteż zazwyczaj to my, rodzice jesteśmy odpowiedzialni za właściwe stosunki na linii pies-dziecko. I niestety- cały czas musimy je nadzorować, gdyż zwyczajnie- dziecko jest dzieckiem, a pies jest psem i zarówno bycie dzieckiem jak i bycie psem może prowadzić do wielu problemów, w tym tych z agresją w pakiecie.

14107623_10206455450298451_2021443776347383910_o

Wracając do psów to tym, który budzi moje największe obawy jest rottweiler- ale nie dlatego, że jest rottweilerem! Tylko dlatego, że trafił do mojego domu jako 6-letni, w pełni ukształtowany pies. W związku z tym ja nie wiem, czy w ciągu tych 6 lat Elza nie miała złych doświadczeń z dziećmi, albo czy nie nabrała złych skojarzeń. A biorąc pod uwagę niektóre jej zachowania jest to prawdopodobne! Dodatkowo Elza ma parę zachowań, które dla mnie nie są problemem bo je wypracowałyśmy, ale nie próbowałam pracować nad nimi przy pomocy dziecka- na przykład pilnuje jedzenia. Przy czym patrząc po jej zachowaniu można wnosić, że kiedyś uczono ją oddawania jedzenia w sposób siłowy, bijąc, dlatego do tej pory jedzenie jest dla niej sytuacją stresową. Po przepracowaniu tematu ja nie mam problemu z odebraniem jej jakiegokolwiek pokarmu, ale już obcy, nieopatrznie znajdujący się w pobliżu, jest goniony z zębami. Dlatego jedzenie jest jedną z sytuacji, podczas których mogłoby dojść do zachowania agresywnego wobec mojego dziecka. Jakby Elza była psem młodszym, z mniejszymi naleciałościami, mogłabym się pokusić o próbę odkręcenia tej sytuacji, ale moim zdaniem- nie warto. Syna uczę tego, że absolutnie, pod żadnym pozorem nie można psu przeszkadzać w jedzeniu i tego się trzymam. A Elzie zwyczajnie zapewniam spokój i izolację, żeby nie musiała w stresie „łykać” jedzenia.

934135_1031173376930371_6847283569547675000_n

Kolejną rzeczą jest to, że Elza jest psem starym, ze zwyrodnieniami stawów i kręgosłupa. Dbam o to by nie odczuwała bólu na co dzień, ale jednak jest bardziej wrażliwa i ostrożna przy próbach dotyku w miejscach tkliwych. Ja o tym wiem i staram się unikać dotykania tych miejsc, no a dziecko- wiadomo. Tak samo jeśli chodzi o słuch- Elzie zaczyna powoli szwankować ten zmysł, jak się skupi to słyszy, ale zdarza jej się zamyśleć, albo zwyczajnie- spać tak głęboko, że nie słyszy nic. Czy w takiej sytuacji zerwana nagle ze snu poprzez dzieciaka nie mogłaby ugryźć w samoobronie, nieświadoma tego kto to? Pewnie że mogłaby! Dlatego ze względu na bezpieczeństwo i Elzy i syna stale ich nadzoruję. Jest to o tyle łatwe, że Elza zwyczajnie trzyma się mnie, więc w zasadzie zawsze mam ją przy sobie. Ale z drugiej strony- jest duża i często leży w ciągach komunikacyjnych, co powoduje że mój prędziutki syn albo przebiega koło niej z prędkością światła (tak tak, to też jest czynnikiem zwiększającym ryzyko pogryzień!), albo musi wręcz nad nią przejść (wiem wiem, według zwolenników teorii dominacji pies dominuje i dlatego wybiera te miejsca w związku z czym powinnam jej kazać za każdym razem się przesunąć, jak idzie moje dziecko, co spowodowałoby, że uznałaby syna za tego wyżej w hierarchii 😀 Ej no, serio??? Po pierwsze, to jakim cudem pies miałby uznać syna wyżej w hierarchii, skoro to ja jej nakazuję się przesunąć? Albo- dlaczego miałabym kazać staremu psu ze zwyrodnieniami, dla którego wstawanie jest w pewnym stopniu kłopotliwe, wstawać za każdym razem??? No i trzecia sprawa- a może po prostu ona kładzie się tam, bo ma najwięcej miejsca i najlepszy widok na mnie?). W każdym bądź razie- chociaż ryzyko oceniam na niskie (w końcu Elza jest bardzo miłym i sympatycznym rottweilerem, o dużych umiejętnościach społecznych i ogromnym zaufaniu do mnie), to jednak jak najbardziej istnieje. Plusem dla Elzy jest to, że ma ogromną kontrolę ugryzienia- jakby była u mnie od szczeniaka, to prawdopodobnie byłaby najbezpieczniejszym psem z całej 4.

13925094_1120466294667745_163675514635675232_n

Drugim psem, który mógłby ugryźć, jest Vena- od szczeniaka wychowany przeze mnie pies, bardzo socjalny, bardzo ufny, który przyszedł do domu już po narodzinach dziecka. Skąd więc lęk, że mogłaby ugryźć? Ano Vena jest psem, który łatwo wchodzi na bardzo wysoki stopień pobudzenia, a wtedy łatwiej o wymknięcie się spod kontroli. Mogłaby doskoczyć do dziecka trzymającego np. piłkę i niecelowo zadrasnąć go zębami, albo usiłować wręcz zabrać mu piłkę. Wprawdzie od samego początku zwracałam na to ogromną uwagę- że dziecko jest nietykalne, że piłka dziecka jest nietykalna itp., ale jednak nie mogę mieć 100% pewności, że zawsze Vena będzie pamiętała o  tej zasadzie. Dodatkowo Vena jest psem taranem- nie zwraca uwagi po czym (lub kim!) przebiega, co przy okazji przewraca, wpada na ludzi i meble… Nietrudno sobie wyobrazić, jakie szkody może spowodować u malutkiego dziecka! Dodatkowo nie wiem, czy Vena kontroluje siłę ugryzienia, bo też nigdy nie próbowała wobec nikogo zastosować zębów, ale patrząc na stopień pobudzenia mogę przypuszczać, że kontrola ugryzienia może być problemem.

14068217_1093528214027635_6751162970922461088_n

Najmniej boję się o reakcję agresywną ze strony Tekli, co jest dość paradoksalne, gdyż Tekla jest psem z którym najwięcej musiałam przepracować i w którego zdecydowanie włożyłam najwięcej pracy. Nie muszę ukrywać, że jestem niesamowicie dumna z efektu końcowego, bo cały czas pamiętam jakim problemowym szczeniakiem była Tekla od początku. Dość powiedzieć, że to mój jedyny pies który mnie ugryzł, i to z przebiciem skóry (co wskazuje że kontrola ugryzienia u niej żadna i gryząc może zrobić poważną krzywdę)- oczywiście moja wina tylko i wyłącznie. Na szczęście było to na samym początku naszej wspólnej drogi i nie powtórzyło się nigdy więcej- nie tylko dlatego, że ja nie dopuszczam do takich sytuacji, ale także dlatego, że problemy przepracowałyśmy. W każdym bądź razie Tekla jest niezwykle wrażliwa na punkcie swojego ciała, nie lubi zbyt bliskiego i intensywnego dotyku i ogólnie to typ wrażliwy, lękliwy i delikatny. Wbrew pozorom jest to ogromny problem, bo niewypracowany wrażliwiec użyje zębów za każdym razem gdy uzna, że jest w niebezpieczeństwie, czyli na przykład gdy ktoś go gwałtownie schwyci. Dlatego moją główną pracą nad Teklą było nauczenie jej akceptacji dotyku każdej części ciała i z każdą intensywnością- poczynając od muśnięcia, a na mocnym chwycie kończąc. Tak samo z nauką podnoszenia i unieruchamiania. Ogromnym ułatwieniem było (i jest) to, że Tekla jest w stanie narazić się na wiele nieprzyjemności dla smakołyka. Zasadniczo więc pomimo tego, że Tekla jest z całej trójki moich psów najbardziej predysponowana do zachowań agresywnych, to dzięki włożonej w nią pracy, zaufaniu i jej łakomstwu- w chwili obecnej jest „najbezpieczniejsza”.

14034773_922303734545505_1333158831950794147_n

Jeśli chodzi o czwartą i najmłodszą w rodzinie- to za wiele o niej nie mogę napisać, bo młode toto, głupie 😉 , ale na pewno jest „niebezpieczna” z tytułu bycia szczeniakiem 🙂 (serio piszę!)

14102736_179036145852211_2247767941505916293_n

Z życia wzięte: Trening klatkowy

Jestem zwolenniczką klatek- po pierwsze mam zupełnie zwyczajny dom, który nie jest szczeniakoodporny, a już w ogóle nie jest malinoodporny 😉 A po drugie- sporo z psami podróżuję i dlatego pies spokojny w klatce to podstawa podstaw, a więc priorytet. Prosiłam hodowczynię o zapoznanie Aorty z transporterkiem, poza tym mała znała system zagródkowy, bo szczeniaki miały wydzieloną zagródkę w salonie. No ale jak przyszło co do czego, to się okazało, że może i Aorta zna zamknięcie, ale nie po to przecież zmieniła dom, by teraz siedzieć w kojcu! O ile pierwszą noc (zamknięta w zagródce w tym samym pomieszczeniu, co reszta psów- żeby nie czuła się samotna, bo przecież dotąd żyła tylko w stadzie złożonym z kilku psów!) jako tako przeżyła, po chwilowym darciu, wyciu i szczekaniu, o tyle w drugą dała stosowny popis 🙂 Zdecydowana większość szczeniaków po pierwszym darciu paszczy i braku reakcji ze strony ludzi akceptuje to, że są zamknięte- widać tak musi być i już. Tak było z Veną, dla której klatka od początku była oczywistą oczywistością. Ale u Aorty okazała się problemem- w drugą noc darcia było więcej i częściej, a do tego ja przecież musiałam iść rano do pracy! Dlatego też wstałam odpowiednio wcześnie, wyciągnęłam paputa na spacer i takiego pełnego wrażeń wrzuciłam do kojca tuż przed wyjściem z domu- z opowieści wiem, że darła się, oj darła… Dlatego jako priorytet ustaliłam trening klatkowy- imienia nauczy się później 😉 Po powrocie z pracy i wyszaleniu szczyla wraz z uprzątnięciem klatki (kto kiedykolwiek sprzątał klatkę wraz z rozbrykanym szczeniakiem ten wie, że łatwo nie jest) zaczęłam trening- maluch do klatki z czymś pysznym i czekam aż się zorientuje, że jest zamknięta. Następnie z cierpliwością wysłuchuję żali i czekam na pierwszą chwilę ciszy związaną z zaczerpnięciem oddechu- głośno chwalę i przez kraty podaję coś pysznego (surowe serce wołowe). I czekam na powtórkę. Po paru powtórzeniach zrobiłam przerwę na zabawę, a następnie wysikanego i zasypiającego szczeniaka zapakowałam do klatki na drzemkę. I tak caluśki dzień! Pod koniec miałam szczeniaka który albo po pierwszym tonie ucisza się i czeka na żarcie, albo zwyczajnie zasypia, na przykład po powrocie ze spaceru. W nocy trochę się komplikuje, bo po wypuszczeniu na załatwienie potrzeb fizjologicznych (zgodnie z zasadą, że szczeniaki zawsze sikają po jedzeniu, zabawie i spaniu jak najbardziej reaguję na nocne koncerty wyprowadzeniem na siku- w końcu też mi zależy, by mała się uczyła sygnalizowania i załatwiania potrzeb na zewnątrz) trzeba iść spać dalej i tutaj protesty były większe, bo nie latałam co chwilę nagradzać ciszę 🙂 Ale im szybciej szczeniak zrozumie, że nocą się śpi, a w dzień bawi, tym lepiej dla wszystkich i to akurat trzeba będzie przeczekać cały czas prowadząc trening dzienny.

13083120_1025016610878796_639398684776185081_n

U mnie efekty było widać po tygodniu- Aorta przestała wyć i szczekać zamknięta, chociaż nadal chwilę popiskuje. W ciągu dnia większość czasu spędza albo zamknięta w pokoju z psami (jak jestem w pracy), albo zupełnie luzem, za to koło 22 pakowana jest do klatki i śpi w niej do 6 rano- obecnie prawie bez dźwięków. W klatce też spożywa posiłki i już sama biegnie do klatki czekając na michę 🙂 Baaa, zamknięta w pokoju z psami sama często wybiera spanie w otwartej klatce!

Ważną zasadą treningu klatkowego jest to, że nie podchodzę w momencie, gdy szczeniak się drze (szczeka, piszczy itd.)- ZAWSZE czekam na chwilę ciszy. A po podejściu odczekuję chwilę aż maluch przestanie skakać po kratach i usiądzie na tyłku- dopiero wtedy otwieram drzwiczki.

13151998_1026145590765898_1403019917201338351_n

 

Z życia wzięte: szczeniaczek przy kości

Ale nie że gruby, tylko przy prawdziwej kości:

DSC_0458

Pory posiłku są doskonałą okazją do nauki dobrych manier. Mało który szczeniak pilnuje miski pełnej suchych kulek (no chyba że mamy malucha zebranego z ulicy, który cierpiał głód), ale nawet odchuchane szczeniaki mogą z zapałem bronić dostępu do pysznej kości pełnej mięsa. Dlatego jest to kolejna okazja do ćwiczeń, które pomogą szczeniakowi zrozumieć, że człowiek daje a nie zabiera. Daje- coś jeszcze fajniej pachnącego, ewentualnie drugą taką samą kość i wcale nie zabiera poprzedniej! Tak tak, każda chwila ze szczeniakiem jest okazją do nauki…