Lassie, wróć!

Za jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą psią umiejętność uważam bezwzględne wracanie na wołanie. Od czasu kiedy 14 lat temu moja adoptowana Tola poszła w długą za sarną i już nigdy nie wróciła poświęcam temu tematowi całą swoją uwagę i ogromną ilość czasu.

DSC_1088

Cały problem w tym, że nasze psy są cały czas drapieżnikami i polowanie mają we krwi, toteż całkowicie bezwiednie ruszają w pogoń za sarną, kotem czy zającem. Do tego część psów autentycznie traci słuch- po prostu cały pies tak bardzo skupia się na czynności, że pozostałe zmysły, odsunięte na dalszy plan, przestają funkcjonować. Toteż częstym problemem przy nauce wracania na wołanie, zwłaszcza z pogoni jest nie tyle posłuszeństwo psa, co sprawienie, by zmysł słuchu się nie wyłączał.

15874969_1437215006297600_4372164352662629158_o

Ja pracę nad wracaniem zaczynam od pierwszych dni w nowym domu, często wykorzystując do tego pozostałe psy, które oczywiście mają już doskonale to wypracowane. Dlatego z Aortą przez długi okres czasu nie było problemu- na każde wołanie wracała chętnie ,wszak wiązało się albo ze smakami, albo z zabawą (tylko czasami kończyło się zapięciem na smycz tylko po to, by po paru krokach spuścić ze smyczy ponownie). Stopniowałam też i rozproszenia, z których ją odwoływałam i rodzaj nagród- za zwykłe przywołanie była kulka suchej karmy, za to za odwołanie się od Veny (o tyle łatwe, że Vena odwołuje się zawsze, wszędzie i od wszystkiego- nawet od emocjonującej zabawy ze szczeniakiem, w związku z czym szczeniak nie miał wyboru bo bawić się z kim już nie było) nagrodą była na przykład zabawa w szarpanie, albo surowy boczek w ilości hurtowej. Kilka razy udało się grupowe przywołanie w obecności galopujących saren, ale do czasu… aż Aortka dorosła na tyle, by samodzielnie i na własną łapę podjąć decyzję o pogoni za uciekającą sarną (na usprawiedliwienie dodam, że sarna wyskoczyła dosłownie nam spod nóg). Całe szczęście że może i dorosła do pogoni, ale nie dorosła jeszcze do oddalenia się od maminej spódnicy, toteż zanim skończyłam wykrzykiwać „ja ci dam cholero sarny, ja ci dam!!!” uśmiechnięta od ucha do ucha wróciła grzecznie do mnie. Cóż było robić… stało się, pogoń się udała i była samonagradzająca się, ale nie wszystko jeszcze stracone. Toteż od następnego spaceru zaczęłam jeszcze intensywniej pracować nad przywołaniem, udało się kilka razy odwołać zaciekawioną sarnami Aortę, baaa! ze dwa razy odwołałam i sowicie nagrodziłam Aortę, która już w pogoń ruszyła. Po czym po jakimś miesiącu kolejna zagubiona w rzeczywistości sarna postanowiła ewakuować się w odległości takiej, że jakbym się postarała, to mogłabym ją po tyłku pogłaskać. Oczywiście Aorta nie mogła się powstrzymać i poszłaaaaa… I znów wróciła wielce uradowana po zaledwie 30 sekundach (no cóż, jeszcze mamincórcia). Zaczęło się robić niebezpiecznie, toteż w użycie poszła linka- od tej pory Aorta na spacerach była tylko albo na smyczy, albo puszczona, za to z przypiętą linką (za wyjątkiem miejsc, gdzie wiem, że saren nie ma). Nie ukrywam, że jest to wielce uciążliwe- linka się plącze, zahacza, trzeba się pilnować by przypadkowo nie nadepnąć, do tego jest brudna. Ale też z doświadczenia nie tyko swojego wiem, że jest całkiem skuteczna, tylko czasochłonna- z Elzą praca trwała pół roku, zanim mogłam podjąć decyzję o wyeliminowaniu linki z codziennego życia. Ale pół roku pracy spowodowało, że przez następne lata nie miałam NIGDY najmniejszego problemu z pogoniami, ucieczkami i nieodwoływalnością… no dobra- do czasu aż Elza dosłownie ogłuchła, ze starości 😉

DSC_1044

Na tę chwilę z Aortą praca idzie bardzo dobrze- przestała głuchnąć na widok saren, choć nadal widać, że są dla niej pasjonujące. Coraz lepiej się skupia na zadaniach, które jej zadaję w obecności saren. Odwołała się z jednej pogoni, ale też od kiedy jest linka nie trafiła nam się żadna bezczelna sarna 😉 W każdym bądź razie linka jeszcze trochę będzie w użyciu, zanim odważę się sprawdzić efekty mojej pracy- bo muszę być wystarczająco pewna tego, że praca jest skończona z sukcesem. Znajoma pani trener zaleca i stosuje linkę u wszystkich (swoich i tych trenowanych) psów od wieku 6 miesięcy do około 12-16 miesięcy, w zależności od psa.

Oczywiście mogłam wybrać łatwiejszą, mniej czasochłonną, oraz- jak twierdzą niektórzy- mniej stresującą (tutaj bym polemizowała w zależności od psa, szkoleniowca linkowego i szkoleniowca OE) metodę, czyli obrożę elektryczną. Jak już gdzieś kiedyś pisałam- mam do OE mieszane uczucia, zdaję sobie sprawę że są psy, właściciele i problemy, przy których użycie OE jest rozsądną opcją. Bardzo często mocno zakorzeniona i wielokrotnie (samo)nagradzalna pogoń jest jednym z takich przypadków, kiedy użycie OE bywa potrzebne. Ale nie uważam żeby przy młodym, niewyuczonym jeszcze psie, na samym początku nauki trzeba było brać pod uwagę OE. Poza tym nie jest to metoda, którą kiedykolwiek chciałabym zastosować na swoich psach i wolę powoli i spokojnie zrobić wszystko, żebym do takiego wyboru nie została zmuszona.

DSC_0829

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s