Z życia wzięte: Wybór psa in vivo

In vivo- czyli na żywo, a więc na moim subiektywnym przypadku 🙂

Jestem już na tyle dorosła, że przez moje życie przewinęło się tych psów kilka. A dokładnie- 10. Jutro zaś jadę po 11. Oczywiście, część tych psów to były tzw. psy rodzinne, w sprawie których decyzję podejmowali przede wszystkim moi rodzice. I tak pierwsza była Żaba, sprowadzona jak tylko z ciasnego mieszkania przeprowadziliśmy się z rodzicami do domu. Tak po prawdzie to nikt jej nie sprowadzał, po prostu mój dziadek przyniósł ją wraz z kociakiem (!) w worku po owsie- od sąsiadów. Następny pies już był „mój”- włócząc się z okoliczną dzieciarnią po lesie po prostu go znalazłam i zaprowadziłam do domu. Po Anulu był szczeniak mixa owczarka belgijskiego groendalera- od wujka, którego suka „się puściła” 😉 Tak, te szalone lata 90te… Jako że dwa lata po przybyciu Magistra (tego mixa belga) życie zakończyła całkiem wiekowa już Żaba, toteż pojechaliśmy do najbliższego schroniska po małego pieska- i wzięliśmy Studenta.

Student

I ta parka żyła sobie ładnych parę lat razem, aż ja poszłam na studia i postanowiłam umilić sobie życie pierwszym swoim własnym (a nie wspólnym!) wymarzonym psem. Miał być ze schroniska, w typie owczarka niemieckiego i koniecznie miał być suczką. W schronisku żadnego malucha akurat nie było, za to były ogłoszenia „oddam szczeniaki”- tym sposobem w moim życiu pojawiła się Zupa (początkowo Zuza, ale jakoś szybciutko została przechrzczona na Zupę i tak już zostało).

portret_Zupy

Jak mała rok, to przypałętała się Tola- dosłownie! Poszłam jak co dzień z Zupą na spacer, a wróciłam już z Zupą i Tolą, która od przekroczenia progu mojego domu zachowywała się, jakby mieszkała tam od zawsze. Obie suki stanowiły ważną część mojego studenckiego życia i dzięki nim zaczęłam poznawać raczkujące wówczas w Polsce psie sporty. W międzyczasie u rodziców odszedł Magister, którego miejsce zajął czarny Cygan .

Cygan

Cygan był szczeniakiem od sąsiadów, a po pewnym czasie- ale dożywając 14 lat- odszedł Student. Wtedy, żeby Cygan nie był samotny, rodzice pojechali do schroniska po małego psa i wrócili z Finką.

14054960_10206416569086445_8958940300856762230_n.jpg

Moje suki, jako że były w jednym wieku w zasadzie posypały się jedna za drugą- najpierw zabrakło Tolki, a chwilę później na nowotwór odeszła Zupa. Z tym że Zupa zdążyła jeszcze poznać Teklę- którą, a jakże, znalazłam 🙂 Mieszkałam wtedy ze świeżym małżonkiem w malutkim mieszkanku i nie bardzo było miejsce dla psa, więc Tekla miała być tylko szczeniakiem na tymczas, bowiem schroniska i fundacje pękały w szwach od nadmiaru towaru. Ale tak się do niej przywiązaliśmy, że została na zawsze i jest do tej pory- niekwestionowaną Królową mojego serca!

portret_Tekli

Jak widać- do tej pory każdy zwierzak w moim życiu był przypadkiem. Pierwszym w sumie świadomie wybranym psem jest Elza, chociaż ona też była wielką niewiadomą.

Elza_1

Bowiem ja od zawsze kochałam rottweilery. I cały czas marzyłam o takim. W zasadzie to każdy kolejny pies od Toli poczynając miał być rottweilerem, no ale co ja poradzę, że mam miękkie serce? Dlatego w pewnym momencie pomyślałam sobie- okej, mam miękkie serce, ale przecież rottweilery też szukają domów! Skontaktowałam się więc z fundacją, obserwowałam pojawiające się psy w potrzebie i tak natrafiłam na Elzę- 6-letnią sukę (pies miał być „żeby spokojnie dożyć śmierci otoczony miłością”), rodowodową, która z powodu choroby właściciela szukała nowego domu. Pies był już w domu tymczasowym z innymi psami, więc miałam całkiem solidne informacje o tym, jak się zachowuje do innych psów- a ja już wtedy miałam 4-letnią Teklę i jej komfort był priorytetem. Dostałam informacje, że Elza jest w porządku do ludzi, socjalna, świetnie dogaduje się z psami, a że mieszkała w mieszkaniu w centrum Poznania- nie ma z nią większych problemów czy to na spacerach czy w domu. Więc przyjechała do mnie Elza. Oczywiście, po pewnym czasie wyszło sporo problemów, które suka miała (zdrowotnych i behawioralnych)- co swoją drogą zasługuje na osobny wpis w dobie haseł „nie kupuj-adoptuj!”- ale faktycznie z Teklą dogadała się bez większych kłopotów, na spacerach zachowywała się bez zarzutu (oprócz tego że trochę trwało, zanim wyrobiła kondycję na spacery dłuższe niż 20 minut…) i w domu nigdy niczego nie zniszczyła. No i więź między nami nawiązała się błyskawicznie. Swoją drogą- ten pies „na dożycie”, co miało potrwać góra 2 lata (nie zapominajmy, że średnia wieku rottweilera to 8 lat!), póki co ma 12 i wygląda na to, że będzie żyć wiecznie 😛 Tym samym połowę swojego życia spędziła u mnie! Jest też przy tym spełnieniem marzeń o rottweilerze i poza drobnymi problemami- moim ideałem rottweilera ❤

11037215_864151606965883_1725860104801454030_n

Kolejny pies pojawił się już absolutnie przemyślanie od początku do końca. Małżonek mój, który w czasach nastoletnich hodował i wystawiał kaukazy, zamarzył sobie psa „na wystawy”. Ja z kolei potrzebowałam psa do pracy, bowiem Elza miała już 9 lat  i  postanowiłam zacząć ją oszczędzać (wbrew jej woli, bo jej się cały czas wydaje, że ma góra 2 lata 😉 ), z kolei Tekla miała 7 i też powoli nadszedł czas na emeryturkę- nie żeby była taka konieczność, ale należało mieć na uwadze to, że też się starzeje, a akurat w jej przypadku proces ten jest bardziej widoczny niż u Elzy. Mąż dał mi wolną rękę poza dwoma warunkami- małym psem (bo ja bardzo dużo podróżuję z psami i musiał się zmieścić do bagażnika wraz z pozostałą dwójką) i „prospektem na czempiona” (o co zasadniczo trudno- nie każdy prospekt wyrośnie na czempiona, nie wszystkie hodowle celują w czempiony). Moje wymagania były już znacznie większe- pies miał być „małym rottweilerem”, rasą najlepiej krótkowłosą, silną psychicznie („dominującą”), o dużych popędach. Pod uwagę brałam welsh corgi, cattle dogi, bullterriery- i od bullików trafiłam na staffiki! Lampka mi się od razu w głowie zapaliła, ale postanowiłam najpierw poznać rasę, bo niewiele o niej wiedziałam. Przeczytałam posiadaną literaturę, charakterystyki ras, opisy miłośników i hodowców- z którymi zresztą spędziłam parę godzin na dyskusjach. I im więcej wiedziałam tym bardziej byłam pewna, że staffik to dokładnie taki pies, jakiego potrzebuję. Kwestia wyboru hodowli była już bardziej skomplikowana- zależało mi na hodowli FCI, domowej, ale zarazem odnoszącej sukcesy na wystawach. Najpierw poprzeglądałam strony internetowe i od razu wykreśliłam te, które były niedbałe, enigmatyczne i posiadały przekrój ras (chociaż to wcale nie wyklucza dobrej hodowli!)- zależało mi na hodowcach z pasją i miłością do psów (ale też, co oczywiste, strony internetowe mogą kłamać!). Potem zaczęłam przeglądać wyniki wystaw i patrzeć, które hodowle mają sukcesy i które psy mnie się podobają. I tym sposobem trafiłam do Beaty i Adama Woźniaków, hodowców „Ale Heca”. Mieli oni akurat jedną sukę- założycielkę rodu z wieloma sukcesami pokazowymi, oraz córkę i syna tej suki, które wygrywały wystawę za wystawą. Tak się złożyło że w momencie, gdy dzwoniłam seniorka rodu spodziewała się szczeniaków po doskonałym, sprawdzonym psie. Grzecznie ustawiłam się więc w kolejce po szczeniaka ale z myślą, że mogę się nie załapać (chociaż u staffików mioty mogą być bardzo liczne, to jednak większość ma zaledwie parę sztuk potomstwa, a ile jeszcze z tego będzie suczkami?) i że pierwszeństwo wyboru najlepszej suczki mają hodowcy, którzy chcą sobie zostawić kolejną suczkę do dalszej hodowli. Ku mojej radości suczki urodziły się akurat dwie i mogłam z niecierpliwością oczekiwać na swoją, dla której wymyśliłam już nawet imię- Vena. O tym, która będzie moja nie wiedziałam do samego końca, bowiem obie suczki zapowiadały się na „prospekty wystawowe”. O charakter się nie bałam- hodowlę odwiedziłam wcześniej, dorosłe psy były fantastycznie socjalne do ludzi, szczeniaki szalone jak to szczeniaki, a hodowcy po prostu fantastyczni!

 946883_4992161895228_792288182_n

Sama Vena w 100% spełniła oczekiwania- szybko została Młodzieżowym Czempionem Polski i Słowacji, następnie równie szybko- dorosłym Czempionem Polski, a dorosłym czempionem Słowacji i Czech nie jest tylko dlatego, że z powodów czasowych przez ostatni rok nie była na żadnej wystawie- a brakuje jej naprawdę niewiele! Przy czym siostra Victoria zdecydowanie Venę  wyprzedziła w ilości wygranych wystaw, ale przede wszystkim dlatego, że wystawiała się więcej. Bo jeśli dochodziło do porównania obu sióstr, to zazwyczaj wymieniały się miejscami- raz Vena była pierwsza, następnym razem triumfy święciła Victoria. A najlepsze jest to, że obie są różne- Vena poszła bardziej w matkę, Victoria w ojca. Jeśli chodzi o użytkowość, to także Vena pokazała klasę- jakikolwiek sport by jej nie zaproponować, to bierze się do niego z równą pasją i chęcią. W każdej daje z siebie wszystko, niejednokrotnie wyprzedzając psy bardziej predysponowane, za to zwyczajnie mniej chętne. Póki co to sprawdziła się jako pies dogtrekkingowy, towarzysz biegów (ma ich kilka za sobą), pies do frisbee, tropieniowiec, wykrywacz zapachów (nosework), sporty siłowe, posłuszeństwo sportowe czy treibball. A założę się, że i w agility czy IPO dałaby czadu! No ale nic straconego, Vena ma dopiero 3 lata a ja uwielbiam odkrywać z nią nowe dyscypliny sportów. Poza tym jest faktycznie psem „bezproblemowym”- bo każdy problem odpracowuje się błyskawicznie, a jest ich naprawdę mało. Vena jest też świetnym towarzyszem życia codziennego, zdobywa ze mną szczyty, włóczy się po lesie i grzeje stópki jako pies-podkołdernik 🙂 A w momentach, gdy mam spiętrzenie spraw i mało czasu, albo leżę złożona chorobą, to wytrzymuje nawet tydzień nicnierobienia bez szkody dla psychiki jej i mojej. No pies-ideał!

12002930_915637681816690_5766536155554425639_n

No dobra, prawie ideał, bo przecież- jest mała. A ja potrzebuję psa większych gabarytów w moim stadzie. Przede wszystkim po to, bym czuła się bezpiecznie- sporo się włóczę, jeżdżę z dzieckiem na samotne wyprawy (głośno teraz o podejrzanych typach polujących na jeżdżące autostradami samotne matki!), biegam po lasach albo zdobywam górskie szczyty. Vena może wygląd ma „mordercy”, ale jest zwyczajnie mała. Elza zaś po prostu jest psem wiekowym i potrzebuję takiego, który mógłby ją zastąpić. Jeszcze całkiem niedawno byłam pewna, że zwyczajnie będzie to kolejny rottek i to koniecznie z hodowli Marstall. Ale od kiedy zafascynowałam się tropieniem i zaczęłam biegać na coraz dłuższe dystanse powoli zaczęło do mnie docierać, że może niekoniecznie ten rottek będzie trafionym wyborem… Nie mówiąc już o postępującej modzie na coraz krótsze rottkowe nosy i coraz masywniejsze psy… Dlatego zaczęłam szukać innej rasy- nie ukrywam, że nie przyszło mi to łatwo! W końcu od kiedy pamiętam rottki to moja rasa marzeń! No ale nie ma co na siłę dostosowywać psa do swoich wymagań, jeśli on się do tego zwyczajnie nie nadaje- lepiej poszukać takiej rasy, która te wymagania spełni. No i zaczęło się poszukiwanie! Pies miał być duży, z ras „groźnych”, pewny siebie, twardy i zdolny do długotrwałego wysiłku. Pod uwagę brałam Akity, rodezjany, Caanan dogi, alano espaniol, dobermany… Każdą rasę konsultowałam z przyjaciółką po fachu (wet/szkoleniowiec/behawiorysta) która akurat planowała miot po swojej suce owczarka belgijskiego malinois. Żeby nie było- po Magistrze była to jedna z moich ulubionych ras, ale jednak belgi to owczarki- szalone i nadpobudliwe, absolutnie NIE! Przy czym Belze, przyjaciółkową malinę znałam od szczeniaka i zawsze powtarzałam, że to chyba jedyna normalna malina jaką poznałam 🙂

13557759_10204639421504622_5762100964881940979_n

Toteż ja Wiesi marudziłam o kolejnych rasach („a może akita???” na co Wiesia odpowiadała: „przecież Ty chcesz malinę”), a Wiesia podsuwała mi do oceny kolejnych kandydatów na Belzowego męża. Koniec końców decyzja u mnie zapadła- to będzie DOBERMAN! Ale moja radość nie trwała długo, gdyż małżonek powiedział, że ABSOLUTNIE NIE DOBERMAN. I że jeśli już, to on woli malinę od Wiesi… I tym samym… jutro odbieram Belzową córkę!!! 13590476_10204720068280741_2149730248617841814_n

Ale żeby nie było- znam specyfikę rasy… znam problemy i wymagania. Ale przede wszystkim- znam matkę szczeniąt. Znam ojca, starannie wybranego. No i najważniejsze- wiem, jak bardzo starał się hodowca!!! Dlatego moja praca, którą będę musiała wykonać z psem tak trudnej rasy jest o wiele, wiele łatwiejsza. Ale wszystko zweryfikuje czas 😀 13932858_1284038321615270_4186655298812331638_n

 

One thought on “Z życia wzięte: Wybór psa in vivo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s